Blog > Komentarze do wpisu
Dekalog albo pół
Drogi czytelniku, jeśli jesteś młodym, początkującym tłumaczem i dotychczas ominęła Cię nieprzyjemność udowadniania, że nie jesteś wielbłądem, przeczytaj poniższe wynurzenia ku przestrodze. Pozostali - ku pokrzepieniu serc. Każdy z nas czeka na jakiś przelew.

Moja żelazna zasada, że najpierw umowa a potem siadam do pracy, działa w zamyśle doskonale. Natomiast mniej doskonale realizuję ją ja. A bo to przecież oczywiste, że jak zamawiają to zapłacą, albo – przecież tak jest zawsze - trzeba to zrobić na wczoraj i „no przecież nie jesteśmy oszustami”. Koniec końców zazwyczaj umowę podpisuję po oddaniu tłumaczenia. Dotychczas uchodziło mi na sucho, trafiali się uczciwi zleceniodawcy.

Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Do sprawy włączył się kolega. Kolega specjalnie po znajomych dzwonił, żeby mnie odnaleźć po latach, bo wydają coś tam i trzeba to coś na angielski tłumaczyć. A on od razu pomyślał o mnie. Ależ miło. I jak łechce samoocenę. Człowiek od razu odzyskuje wiarę w ludzi. I we własne siły. Ale wracając do sprawy. Termin – oczywiście do końca tygodnia. Ilość? Tak na 3 tygodnie spokojnej pracy. Czy się podejmę? Co za pytanie!

Tekst oddany w terminie. Dodatkowe tysiąc poprawek, bo tekst polski zmieniał się w międzyczasie 3 razy, oczywiście za darmo. Do tego okazało się, że tekstu jest jednak więcej. Ale po znajomości – no trudno, w końcu kolega. W międzyczasie 12 moich telefonów w związku z umową. „A… no tak, tylko nie wiadomo która firma ma to podpisać” (bo to z dotacji, więc po drodze każdy kolega z działalnością musi zarobić). „A… no tak, prezes akurat wyjechał” (wiesz, gdzie to mam???). „A no tak… a co z tłumaczeniem, bo nas strasznie terminy gonią” (srsly?).

Tekst oddany trzeciego stycznia.

Cisza.

W międzyczasie 36 telefonów z prośbą, groźbą i emocjonalnym szantażem. Już nawet podpisaliśmy jakąś umowę, ale jak się jej przyjrzeć, to żadna szanująca się księgowa nie powinna jej przyjąć. (Moja wina, bardzo wielka). Uczyła mama, żeby czytać co się podpisuje. Tak więc czekam na przelew. Ale to czekanie zaowocowało spisaniem żelaznych zasad dla siebie i dla potomnych.

1.    Po pierwsze, przyjmując zlecenie uprzedź o zasadach.
2.    Po drugie, przed przystąpieniem do pracy podpisz umowę.
3.    Po półtorowe, zanim podpiszesz umowę, przeczytaj ją uważnie i sprawdź czy kwoty brutto, netto i podatku się zgadzają.
4.    Po trzecie, terminy terminami, ale nie daj się zwariować i trzy raz sprawdź tekst przed oddaniem. Zwłaszcza, jeśli nie wiesz, czy przed wydaniem dadzą ci do akceptacji.
5.    Po czwarte… najlepiej załóż firmę i wystawiaj faktury. Wykup abonament w jakimś rejestrze dłużników i bez żenady wpisuj wszystkich kolegów, znajomych, obcych i powinowatych, którzy wiszą ci kasę.

Nie ma litości dla s-synów, jak śpiewał Kazik. Ja czekam spokojnie. Wedle wszelkich dobrych praktyk freelancingu, moja druga połowa zarabia na etacie. Po prostu na wakacje nie pojadę. Albo psa odchudzę. Kończę, bo w repertuarze pozostały same przekleństwa. Zennnnnnn…

niedziela, 20 marca 2011, dialogista
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: emkablu, c169-126.icpnet.pl
2011/03/20 12:12:54
Prowadzenie własnej działalności niestety niekoniecznie rozwiązuje problem - zdarzyło mi się już czekać 3,5 miesiąca na przelew za fakturę. Dobrym rozwiązaniem jest zażądanie płatności z góry przy małych zleceniach lub zaliczki przy większych. Można wtedy klientowi zaproponować "w zamian" kilka procent niższą stawkę, tak żeby wilk był syty i owca cała. I oczywiście nie wysyłać tłumaczenia do czasu otrzymania chociażby potwierdzenia przelewu zaliczki. Powodzenia w czekaniu na przelew!
-
2011/03/20 14:17:27
Chyba moja desperacja nie była dość jasna: faktura + przypomnienie + groźba wpisem do KRD + sam wpis. Zazwyczaj sama groźba działa. Powodzenia wszystkim.
-
2011/04/07 15:23:00
Wiadomo, że z płatnościami bywa różnie. Jest parę firm od których ciężko ściągnąć należność. U nas w biurze tłumaczeń jest inny problem. Firmom wystawiamy fakturę za tłumaczenia z jakimś terminem płatności. I nie ma innego wyjścia.
Ale musimy zapłacić tłumaczom. I płacimy, bo przecież tłumacz wykonał to co do niego należało.
-
2012/02/08 15:41:09
Jako tłumacz zdecydowanie pracować gdzieś na etat, i dorabiać na zlecenie: własna działalność, przy stawkach 900 zł za samo prowadzenie działalności, jest zdecydowanie nieopłacalna..
O przekładzie na przykładzie
Przekład audiowizualny
Przekład literacki jako metafora
Inni:
Znudzona Biurwa
EdiLand
Cichy kącik
Hanki pisanki
Eee-co-to-ona-chciała
Decoupage
Wrocław z wyboru
Another man's...


Z życia tłumacza on Facebook


Follow Dialogista on Twitter